Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oskar Strzelecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oskar Strzelecki. Pokaż wszystkie posty

21 stycznia 2011

Jedna litera różnicy

Czy poza treścią można też „czytać” formę? Okazuje się, że tak, jeśli do ręki weźmie się książkę liberacką. A cóż to takiego jest? Wiele osób stwierdzi, że jest to jakaś dziwna i trudna do zrozumienia powieść, wręcz żart  autora. Jeszcze inni będą uważać, że trzymają w ręce książkę artystyczną. Ale i tak nie mają racji, bo liberatura to coś zupełnie innego. Sama nazwa, do złudzenia przypominająca „literaturę”, mówi bardzo dużo o tym prądzie. „Liber” -  z łaciny „księga” lub „wolność”, wskazuje, że nadal jest to literatura, ale wolna. A w czym się ta wolność objawia? Otóż we wszystkim. Autor może zrobić ,co zechce, nie tylko z samym tekstem, ale też z szatą graficzną, umiejscowieniem samego tekstu, formą, liczbą stron, wielkością i stylem czcionki oraz wieloma innymi aspektami. Tylko po co to jest robione? Autorzy książek liberackich chcą wzmocnić odbiór tekstu, zmodernizować nasze wyuczone i lekko staroświeckie podejście do literatury. Przez swoje umyślne zabiegi wciągają odbiorcę w pewien rodzaj gry. Są książki w formie pudełka, w których znajdują się pojedyncze kartki, a to do czytelnika należy uporządkowanie ich i stworzenie ostatecznego obrazu powieści. Ale nie ma żadnego klucza, obowiązuje dowolność. Są też takie, które wyglądem nie przypominają tych, które można spotkać w bibliotekach. Mowa tutaj o książce Zenona Fajfera, która jest de facto butelką z włożonym w nią poematem. Ale treść jego jest tak związana z formą (butelką), że autor nie mógł postąpić inaczej, niż  włożyć poemat do butelki i dać czytelnikowi jako jedną całość.

I właśnie z Zenonem Fajferem, który jest twórcą pojęcia liberatura, ale też i z Katarzyną Bazarnik, Krzysztofem Siwczykiem, Maciejem Meleckim można było się spotkać podczas kolejnego wernisażu w ramach Akcji Sztuki>Nowe. Tym razem była to dyskusja panelowa w Miejskiej Bibliotece Publicznej, do której dołączył też Krzysztof Bartnicki, pisarz liberat. Uczestnicy (autorzy książek liberackich, oraz wydawcy) przybliżyli pojęcie liberatury i zaprezentowali jej długą historię. Przywieźli też z sobą książki liberackie wspomnianego już Zenona Fajfera i Krzysztofa Bartnickiego oraz polskie wydania zagranicznych autorów. Dyskusja, utrzymana w duchu akademickim, wyjaśniła wiele niewiadomych związanych z pojęciem liberatury, pokazała różnicę między książką artystyczną a liberacką. Jest ona bardzo prosta. Książkę liberacką od początku do końca tworzy autor, a w książce artystycznej to grafik „bierze na warsztat” cudzy tekst i zmienia jego wygląd, a czasem przez to i przesłanie. Różnicę tę można samemu zauważyć ,odwiedzając Miejską Bibliotekę Publiczną w Tychach do końca stycznia. Jest tam wystawiona książka artystyczna Anny Majki Czech oraz książki liberackie  przywiezione przez uczestników dyskusji. A więc, zobacz nową jakość w literaturze!

Oskar Strzelecki

16 stycznia 2011

Chłodny dotyk ziemi

Wraz z Agatą i Moniką usilnie poszukujemy pracowni Gabrysi Kiełczewskiej-Słowikowskiej. Poszukiwania utrudnia fakt, że nie pamiętamy adresu. Dębowa 30? A może 40? Jakby tego było mało, pada deszcz, co w połowie stycznia nie jest niczym przyjemnym. Wreszcie widzimy logo Akcji Sztuki>Nowe przyklejone na drzwiach wejściowych bloku przy ulicy Dębowej 40. Tak, to musi być tutaj. Wchodzimy do pracowni, gdzie Gabrysia Kiełczewska-Słowikowska zaczęła przed chwilą warsztaty dla Beaty Wąsowskiej i Anny Kutery (notabene też artystek). Uff, zdążyliśmy.

Słuchamy wykładu i oglądamy prezentację o ceramice. Jako przeciętny człowiek nie zdawałem sobie sprawy, że zrobienie jednego kubka zajmuje aż tak dużo czasu. Nie byłem też świadom, że na każdym z tych etapów wszystko może się zepsuć. Dlatego pochłaniałem wszystko to, co usłyszałem. Chciałem nadrobić braki w wiedzy. A było o czym słuchać. O tym, skąd bierze się glina, jak się ją przygotowuje, jakie są techniki wyrobu ceramiki, co to jest szkliwo i wiele innych rzeczy, które składają się na ostateczny efekt, czyli nasz kubek. Otacza mnie też wiele naczyń, czy to gotowych i używanych do picia herbaty, czy też schnących na regale za mną. Widzę też ukończone już prace artystki i nie mogę uwierzyć, że zostały zrobione ręcznie. Wykład się kończy, a my przechodzimy do części praktycznej warsztatów.

Gabrysia Kiełczewska-Słowikowska zaczyna zagniatać glinę, by móc ją umieścić na toczku, czyli kole garncarskim. W jej rękach glina wydaje się być bardzo posłuszna, a całość wygląda jak zagniatanie ciasta na pizzę. „Wszyscy ceramicy, jakich znam, bardzo dobrze robią ciasta drożdżowe” - to odpowiedź artystki na uwagę, że proces ten jest bardzo podobny do tego, co się dzieje w kuchni. Po chwili już patrzyliśmy, jak Agata radzi sobie przy toczku. Początkowo nie chciałem spróbować, ale komentarze Agaty, że jest to bardzo fajne, ostatecznie mnie zachęciły. A więc usiadłem i poczułem glinę na własnych dłoniach. Ta akurat była szara, chłodna i bardzo wilgotna. Włączyłem urządzenie i zacząłem formować glinę. Początkowo szło mi niezdarnie, ale gdy się skupiłem, było sto razy lepiej. „Koło garncarskie uczy cierpliwości i pokory” - te słowa artystki były jak najbardziej prawdziwe i oddawały istotę pracy przy toczku. Wszystkie ruchy wykonywałem powolnie, uważając, by niczego nie zepsuć i nie zachlapać całej pracowni artystki. Po ponad pół godzinie zacząłem zbliżać się ku końcowi. Teraz wystarczyło odciąć miseczkę od pozostałej gliny i przenieść na tacę do suszenia. Niestety, podczas przenoszenia, mimo całej ostrożności, jaką w to włożyłem, miseczka lekko się zdeformowała. Ale jak na mój pierwszy raz jestem z siebie bardzo zadowolony. W końcu stworzyłem coś własnymi dłońmi! Następna była Monika, która początkowo oporna, okazała się bardzo sprawna w tworzeniu miseczki. A tak bardzo nie chciała się zgodzić…

Wywiązała się spontaniczna rozmowa o ceramice, a gdy artystka dowiedziała się, że jesteśmy uczniami tej samej szkoły, którą ona skończyła, zboczyliśmy na temat naszego liceum. Gabrysia Kiełczewska-Słowikowska z rozrzewnieniem wspominała czasy szkolne i nauczycieli (niektórych mamy wspólnych), a my opowiadaliśmy jej, co się zmieniło od czasów jej matury. Wychodząc, czułem się dumny z siebie, bo stworzyłem własną miseczkę!

Oskar Strzelecki

11 stycznia 2011

Dwa spojrzenia

Technik i szkół fotografii jest wiele. I Akcja Sztuki<Nowe pozwala nam to zauważyć. Bo inaczej na świat patrzy osiemnastoletni chłopak, a inaczej dojrzały mężczyzna, jakim jest Janusz A. Włodarczyk. Artysta, a raczej architekt (bo nim właśnie jest Włodarczyk), pokazuje nam swoje fotografie, bądź co bądź, dotyczące architektury. Ale zaskakujące jest to, że właśnie nie chodzi w nich o architekturę! Jest ona jakby tłem dla tego, co artysta chce pokazać. A myślę, że jest to rzecz bardzo banalna, na którą nikt nie zwraca zbytniej uwagi. No chyba, że jest się wybitnym znawcą sztuki i analizuje się dzieło „od podszewki”, ale tych na świecie jest bardzo mało.

Chodzi mi o poszukiwania. Nie poszukiwania lepszego świata, ale te bardziej przyziemne. Artysta pokazuje zdjęcia, w których skupia się na jednym temacie, takim jak szpara między budynkami, most czy okno. By ułatwić widzowi odbiór, zdjęcia pogrupowane są według tematów, co pozwala samemu poszukać tych samych kwestii co artysta. Bo poszukuje on takich niuansów jak np. forma czy też oświetlenie danego obiektu. Czasami zestawienia są dosyć zaskakujące, bo co może mieć wspólnego budynek z naturą? Otóż okazuje się, że dużo, ale nie chcę ujawniać, co dokładnie. Mogę tylko zaprosić do obejrzenia tej wystawy i porównania ją z inną, wspomnianego już osiemnastoletniego chłopaka. Bartek Palej, bo o nim mowa, zupełnie inaczej patrzy na fotografię i oglądnięcie tych dwóch wystaw pozwoli zauważyć, jak szeroką dziedziną jest fotografia.

Oskar Strzelecki

1 stycznia 2011

Ziemniaki to też sztuka!

„Przekraczanie” - to tytuł wystawy, która została otwarta w Skupie Kultury dzień przed Sylwestrem. Goście wernisażu, prócz digrafii Beaty Wąsowskiej z cyklu „Nie bez Kozyry”, zobaczyli także pokaz sztuki video, czyli performance. Ale skąd tytuł „Przekraczanie”? Odpowiedź jest dość prosta - chodzi o przekraczanie granic w sztuce. A co wspólnego z tym mają digrafie Beaty Wąsowskiej? Otóż bardzo dużo! Cykl „Nie bez Kozyry” powstał jako polemika z Katarzyną Kozyrą, artystką, która w swych pracach przekraczała granice prywatności. Dlatego Beata Wąsowska postanowiła pokazać swoje digrafie (których główną „modelką” jest właśnie Kozyra), by nawiązać do niej i jej prac przekraczających granicę sztuki bardzo mocno.

Myślę, że osób, które mają jakąś wiedzę o sztuce, nie zdziwi fakt pokazania dwóch z trzech przygotowanych performance’ów. Pierwszym z nich było video przedstawiające kobietę (artystkę Julitę Wójcik) przebraną za kucharkę i obierającą ziemniaki podczas wystawy w warszawskiej galerii „Zachęta”. Pomysł ciekawy i dosyć zwariowany, ale wiele osób pyta: czy to jest sztuka? Nie jestem krytykiem sztuki, by wyjaśnić, dlaczego jest to uznane za sztukę, ale zainteresowanych zachęcam do lektury na ten temat.

Drugim było video przygotowane przez Roberta Kuśmirowskiego (artystę pokazującym swe Muzeum Sztuki Zdeponowanej podczas Akcji Sztuki>Nowe) przedstawiające podróż rowerem po Warszawie. Ale nie jest to prawdziwa przejażdżka, bo Kuśmirowski cały czas pedałuje na rowerze treningowym przed Pałacem Prezydenckim, na Krakowskim Przedmieściu. Ale trzeba przyznać, że zachowuje pozory prawdziwego wyścigu rowerowego. Odziany w tak zwane „obcisłe”, kask wyczynowy i cały osprzęt kolarski, artysta pedałuje przez godzinę, to „wjeżdżając” na wzniesienia, uciekając przed peletonem, by na koniec finiszować. I choć może to dziwić, to też jest to sztuką.

Trzecim performance’em miało być video dokumentujące opiekę młodego człowieka nad schorowaną babcią. I tak nie zobaczylibyśmy całości, gdyż niektóre sceny są bardzo mocne, a Beata Wąsowska uznała, że czas świąteczno-sylwestrowy nie jest najlepszym czasem na pokazywanie ich. Niestety, z powodu kłopotów technicznych, nie mogliśmy zobaczyć tego video. Jednak będzie taka możliwość podczas pokazu sztuki video 17 stycznia, w tyskim Teatrze Małym.

Ostatnim aspektem, który „przekroczył” granicę sztuki, jest wybór samego miejsca wystawy. Myślę, że nikt z nas nie wyobrażał sobie, że wystawa sztuki z wysokiej półki może odbyć się w popularnym klubie, gdzie głównie przesiaduje młodzież. Ale Beata Wąsowska, kurator Akcji Sztuki>Nowe, pokazała, że takie miejsce jest jak najbardziej odpowiednie, bo samo w sobie „przekracza”, co jest motywem przewodnim wystawy.

Oskar Strzelecki

17 grudnia 2010

Praktyczna wiedza

Jak pisać o sztuce? Jaka jest różnica między informacją a publicystyką? A może co to jest wywiad? Na te pytania odpowiedziały nam prowadzące warsztaty dziennikarskie, Beata Wąsowska i Magdalena Ślawska. Cykl warsztatów rozpoczęła Magdalena Ślawska, wyjaśniając, na czym polega informacja, czym się różni od publicystyki. Spotkanie było bardzo ciekawe, ale niestety, nie wzbudziło zbyt dużego zainteresowania wśród uczniów. No cóż, niech żałują nieobecni, bo nie był to suchy wykład. Wręcz przeciwnie! Warsztaty opierały się na rozmowie wszystkich uczestników oraz na pracy z przykładami. Było też wiele ciekawostek i praktycznej wiedzy.

Na warsztaty prowadzone przez Beatę Wąsowską przyszło trochę więcej osób, ale też nie  tłumy. Jednak była to świetna okazja do poszerzenia swej wiedzy o sztuce współczesnej, a dokładniej o języku używanym do jej opisywania. Myślę, że po tym spotkaniu wszyscy uczestnicy rozumieją, na czym polega różnica między kolażem a asamblażem. Bo Beata Wąsowska dokładnie tłumaczyła wszystkie zagadnienia, pokazywała przykłady (również ze swej twórczości), ale rozmawiała z uczestnikami. I to sprawiło, że wiedza została łatwo i szybko przyswojona.

Ostatnie, jak na razie, warsztaty dotyczyły wywiadu. Spotkanie znów poprowadziła Magdalena Ślawska, która na wywiadzie zna się jak mało kto. Podobnie jak poprzednie warsztaty i te nie były suchym wykładem. Znów wszystko się opierało na rozmowie, co - jak myślę - jest bardzo ciekawe. 

Trzeba do tego dodać, że warsztaty zawsze prowadzone są przez specjalistów z danej dziedziny. Magdalena Ślawska to doktorantka na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego, a Beata Wąsowska to znana artystka i malarka. I właśnie ten fakt, iż tak mało osób zainteresowało się warsztatami, jest dosyć dziwny, wręcz niezrozumiały. Bo jeśli ktoś chce być dziennikarzem albo dowiedzieć się czegoś o sztuce, to powinien być na każdym spotkaniu. Przecież za tę wiedzę ludzie płacą dużo pieniędzy, a my mamy taką możliwość, by dowiedzieć się wszystkiego za darmo! Tak więc, mam nadzieję, że na kolejne warsztaty, które w styczniu też będą się odbywać w naszej szkole, przyjdzie więcej osób. Bo kolejne tematy też są ciekawe, tak samo jak i goście.

Oskar Strzelecki

15 grudnia 2010

Udreki organizatora

Każdy z nas myśli, że zorganizować wystawę fotograficzną to kwestia kilku godzin. Każdy, dopóki nie spróbuje. Też byłem tym „szczęśliwcem”, który tak myślał, dopóki nie odczułem tego na swojej skórze. W przygotowaniach do wystawy może zdarzyć się wiele niespodziewanych i bardzo zadziwiających sytuacji. A to trzeba będzie coś pomalować, coś przyciąć, poprawić i jeszcze wiele, bardzo losowych i trudnych do przewidzenia zdarzeń. Ciekawą rzeczą jest to, że nigdy nie wiadomo, co może nam się przydać. Może znajdziemy nowe zastosowanie dla gumki do gumowania? Kto wie, najważniejszy jest efekt końcowy.

I tak właśnie było w przypadku wystawy Bartka Paleja, a dokładnie - jej przygotowania. Ciągły wyścig z czasem i walka ze zdarzeniami, o których nawet nam się nie śniło. „Bez twierdzenia Pitagorasa nie byłoby tej wystawy”- dość  żartobliwie, ale zgodnie z prawdą stwierdził Bartek już podczas wernisażu. Wywołało to śmiech wśród gości, ale taka jest prawda. Nigdy nie wiesz, kiedy matematyka przyda ci się w życiu. Nam przydała się przy wyliczaniu położenia fotografii na planszach, czy długości żyłki, na której były one wieszane. Nie można też zapomnieć o poziomicy, dzięki której prace wiszą w miarę prosto. Dlaczego w miarę? Bo pewnych rzeczy nie można było zmienić, np. plansz. Dlatego twierdzenie, że wnętrze jest przystosowywane do wystawy można wyrzucić do kosza. Bo każda wystawa zależy od wnętrza, nigdy nie ma takiej samej wystawy w dwóch różnych miejscach. Sam artysta, wchodząc do pomieszczenia jeszcze do końca nie wie, jak będzie wyglądała wystawa. Wszystko kształtuje się podczas przygotowań, na które wpływają bardzo różne zdarzenia. Tu ograniczenia wynikające z ram budżetowych, a tam antyramy, a dokładniej materiał, z jakiego są wykonane. I mówię tu o pleksi, której szczerze nie polecam nikomu. Łatwo się rysuje i elektryzuje, co przyciąga każdy pyłek kurzu. Ma jeszcze wiele innych wad, a jedyną rzeczą, którą znajduję na jej usprawiedliwienie, jest fakt, że antyramy z pleksi są lekkie i trudne do zbicia.

Kolejną sprawą był fakt, że nikt z nas nie organizował wcześniej żadnej wystawy. Jednak myślę, że teraz jesteśmy bogatsi o te doświadczenia i następna wystawa poszłaby nam lepiej. Ale mimo tych wszystkich trudności organizowanie wystawy jest bardzo ciekawe, wręcz pasjonujące. Jest to okrutny sprawdzian dla naszej pomysłowości, ale przy dobrym zespole wszystko jest możliwe. Chłopaki, zrobiliśmy coś fajnego!

Oskar Strzelecki

13 grudnia 2010

Najmłodszy w stawce

Już wkrótce zobaczymy fotografie Bartka Paleja! Ten młody, utalentowany fotograf-hobbysta zaprezentuje swe prace podczas kolejnego wernisażu w ramach Akcji Sztuki>Nowe. Tym razem odbędzie się on 15 grudnia o godzinie 17 w galerii I LO przy ulicy Korczaka 6. Mimo młodego wieku Bartek odznacza się własnym, ciekawym stylem, który zmusza do refleksji nad życiem i jego wartościami. Jego prace to nie pocztówki znad morza, tylko oryginalne spojrzenie na świat i ludzi. Wystawa ta będzie jego debiutem, a w historii I LO pierwszą, gdy uczeń (a nie absolwent) wystawia w szkolnej galerii. Tak, Bartek jest jeszcze uczniem, a dokładniej maturzystą. Niemożliwe? A jednak. Przyjdź i oceń jego prace własnym okiem w środę o godzinie 17.

Oskar Strzelecki

12 grudnia 2010

Nie mam patentu na wiedzę

Rozmowa z Bartkiem Palejem, uczniem klasy maturalnej I LO w Tychach, który w tym roku pokaże swoje prace w ramach Akcji Sztuki>Nowe

Niedawno skończyłeś osiemnaście lat, a już masz swoją wystawę. Marzyłeś o tym?
Nigdy nie myślałem o tym i trochę się zdziwiłem, gdy pani Wąsowska poprosiła mnie o to. Nawet na początku nie wiedziałem, jak i co wystawić. Ale okazało się, że gdzieś tam, w czeluściach twardego dysku znalazłem parę zdjęć. Niektóre z nich były dopiero projektami, które trzeba było dokończyć. Nie zdawałem sobie też sprawy, ile rzeczy trzeba mieć na uwadze, przygotowując taką wystawę. O wszystkim trzeba było pomyśleć, od rozmiarów antyram, przez format fotografii, aż po program artystyczny.

Myślisz, że wystawa się uda?
Tego się nigdy nie wie. Choć jest to zawsze szansa do przedstawienia swoich zdjęć, by nie leżały w teczkach na półce, i zaprezentowania swoich przemyśleń. Może zainteresują one kogoś, sprawią, że ktoś głębiej zastanowi się nad daną kwestią. A jeśli tak będzie, to znaczy, że wystawa się udała.

Często fotografujesz architekturę. Czy nie wolałbyś fotografować ludzi?
Lubię to robić, ale uważam, że niezbyt mi to wychodzi. Jest to bardzo ciekawe, ale też trudne. Trzeba zadbać o takie rzeczy jak ubiór, ustawienie czy wyraz twarzy. Z architekturą jest inaczej. Można z niej wydobyć pewne atrybuty człowieczeństwa lub poruszyć różne kwestie z nim związane. Ma ona zawsze jakąś ludzką cechę wartą pokazania, w końcu to człowiek ją stworzył.  Ponadto robienie tego typu zdjęć, sam na sam z budynkiem, jest pewnego rodzaju medytacją, jeśli tak to można ująć. Do fotografowania architektury zachęcili mnie też prowadzący warsztaty fotograficzne, to oni mnie tak ukierunkowali.

A więc nie jesteś samoukiem?
Nie, brałem udział w czymś w rodzaju „kursu”, który odbywał się w Pałacu Młodzieży w Katowicach. Prowadziło go dwóch fotografów, którzy znali się na rzeczy. Poza samą fotografią od strony technicznej przybliżyli nam zagadnienia związane z estetyką czy z historią fotografii. Całość odbywała się w ciekawy sposób – nie przez wykład lecz jako dialog. Prowadziliśmy więc z pozoru proste dyskusje, kto jest artystą, czy co to jest dzieło sztuki. W ramach tej estetyki prowadzący warsztaty podsuwali nam różne teksty pobudzające do wzmożonego myślenia.  Ale nie wszystko, co dziś umiem, jest wynikiem tych warsztatów. Przeczytałem też kiedyś jakąś tam książkę i od niej zaczęła się cała ta epicka przygoda z pstrykaniem. Później była instrukcja do aparatu i jakoś tak się to potoczyło.

Jaki jest, według ciebie, cel fotografowania świata?
To zależy od sposobu. Bo można fotografować spontanicznie, np. ludzi na ulicy. I to jest właśnie tak zwane „streetfoto”. Po prostu, pokazuje się wtedy człowieka.  Można też robić fotografie z góry określonym celem, np. fotografię reklamową. Można też, i w tym najlepiej się czuję, starać się uchwycić niepospolite w pospolitym, czy prawdziwe w pozornie neutralnym otoczeniu. Fotografując, staram się nawiązać kontakt z odbiorcą, zadawać pewne pytania, a nie podawać gotowych odpowiedzi, bo nie mam patentu na wiedzę.

Na czym polegały twoje wyjazdy do Pragi czy Lwowa?
Były to tak zwane plenery. Wraz z „warsztatowiczami” i prowadzącymi byliśmy w tych miastach kilka dni, by robić zdjęcia. Było to niecodzienne doświadczenie. Mieliśmy całe dnie na fotografowanie, nie byliśmy niczym ograniczeni. Takie wyjazdy są inspirujące, ponieważ znajdujemy się w nowym, obcym środowisku. To pozwala na zaobserwowanie takich rzeczy, o których nawet mieszkańcy tych miast nie mają pojęcia, bo widują je na co dzień i nie zwracają na nie uwagi. Ma się też wiele czasu na dopracowanie każdego ujęcia i dokładne zastanowienie się nad tematem.

Czy Tychy są atrakcyjnym miejscem dla fotografów?
Każde miejsce jest atrakcyjne, jeśli się na nie odpowiednio spojrzy. Wiadomo, mamy w Tychach pełno bloków, ale trudno jest zrobić pocztówkę z nimi. Na Tychy trzeba spojrzeć inaczej, zastanowić się nad możliwą symboliką pewnych elementów. Na przykład jeden wieżowiec może symbolizować małą wioskę, lecz w innym kontekście jednego człowieka.  Nie chcę tu jednak narzucać jakiegoś sztywnego myślenia. Każdy powinien sam się nad tym zastanowić, jeśli uważa to za jakkolwiek istotne.

Dlaczego podjąłeś się stworzenia cyklu prac poświęconych tematyce oświęcimsko-żydowskiej? To dość trudny temat jak dla nastolatka.
Każdy temat jest trudny, jeśli podejdzie się do niego na poważnie, bo z podejmowaniem danego tematu wiąże się pewna odpowiedzialność. A ten wydawał mi się ważny. Uważam, że należy pamiętać o nim i nie spychać go na bok. Wiele razy w historii zdarzało się, że niektóre istotne wydarzenia zostały zapomniane, nie wyciągnięto z nich wniosków. Tematyka ludobójstwa obrazuje w skrajny sposób, do czego może prowadzić wojna i do czego zazwyczaj prowadzi w mniejszej skali.   Trudność tematu polegała też na tym, że wiele osób już go podejmowało. Musiałem znaleźć taki sposób pokazania, by był on inny, nowy, czyli mający szansę zwrócić na siebie uwagę. Powtórzenie czegoś, co już było, nie odniosłoby żadnego efektu.

Czy fotografia zmieniła twój światopogląd?
Myślę, że zmieniła sposób patrzenia lecz nie światopogląd. Zupełnie inaczej patrzy się na świat przez obiektyw. Zmusiła mnie do głębszego zastanowienia się nad pewnymi sprawami, zadania sobie pytań typowo egzystencjalnych. Są to proste pytania, ale trudno jest na nie odpowiedzieć. Można powiedzieć, że są one typowo gramatyczno-filozoficzne np. jak? gdzie? kiedy? w jakim celu?

Czy to dlatego wybrałeś filozofię jako kierunek studiów?
Po części tak. Na wspomnianych już warsztatach fotografia pokazana była jako filozofowanie za pomocą aparatu, przekazywanie swoich przemyśleń. I ja to kupiłem. Ale ten kierunek też mi się po prostu podoba. Nie mam zamiaru studiować kierunku X przez pięć lat, tylko po to żeby mieć zawód. Jest to szalenie nie pragmatyczne podejście, ale wolę robić coś, co lubię.

Wiążesz swą przyszłość z fotografią?
Myślę, że tak. Ale to czas pokaże, jak będzie naprawdę. Zamierzam rozwijać się w tym kierunku. Może zajmę się fotoreportażem? Kto wie...

Dziękuję za rozmowę.
Ja również.

Rozmawiał:
Oskar Strzelecki

11 grudnia 2010

Sztuka do głaskania

Myślisz, że ceramika to tylko naczynia? A może piękne zastawy stołowe stojące w gablotkach? Nic bardziej mylnego! Ceramika to też sztuka, co udowodnili artyści swymi pracami. Gabriela Kiełczewska-Słowikowska zaprezentowała dwa cykle prac. Instalacja artystyczna „Kamienie dźwięku”, część większej instalacji „Kamienie zmysłów”, poświęcona jest słuchowi i dźwiękom. Całość wykonana jest z ceramiki, ale po poruszeniu każdy z „kamieni” wydaje dźwięk. Co ciekawe, każdy element ma zupełną inną barwę dźwięku. Czy twój ceramiczny dzbanek to potrafi?

Drugi cykl zatytułowany jest dwujęzycznie, po japońsku i po polsku. Geijutsudō, co po polsku znaczy droga sztuki. Instalacja jest hołdem dla natury, która od zawsze inspirowała artystkę. Japoński tytuł też nie jest przypadkowy. Otóż natura w tradycyjnej sztuce japońskiej gra kluczową rolę, tworzy z nią harmonię. Cykl przedstawia ewolucję od masy porcelanowej aż po ceramiczną miseczkę, a wszystko jest umieszczone na postumentach również wykonanych przez artystkę.
Drugi artysta, Bogdan Kosak, na ogół zajmuje się projektowaniem przedmiotów codziennego użytku. A jego sztuka właśnie z tym jest związana. Jak sam przyznaje, jego prace są niejednoznaczne, wielofunkcyjne. Dlatego prace artysty nie mają konkretnego tytułu, nazwa zależy od wyobraźni odbiorcy. I tak zobaczyliśmy talerze wielofunkcyjne, z wieloma zagłębieniami, których można używać w dowolny sposób. Syn artysty lubił jeść z nich posiłki, a klienci wieszali je jako obrazy na ścianach. Czy powiesisz swój talerz na ścianie?
Kolejna praca, czyli otoczaki, na początku sprawiała wrażenie zimnych, ciężkich kamieni. Ale po podejściu do nich okazywało się, że nie są wcale ciężkie ani zimne. A kiedy obeszło się je z drugiej strony, to naszym oczom ukazywało się stadko małych, przyjemnych „zwierzaczków” zmierzających w jakimś kierunku. Jak cała wystawa, również te otoczaki były ceramiczne. Puste w środku, bardzo przyjemne w dotyku, wręcz „do głaskania” - jak stwierdził artysta.
Więc jeśli myślisz, że ceramika jest nudna albo nie nadaje się na dzieło sztuki, to koniecznie musisz odwiedzić tyski Semar. Masz czas do 31 stycznia.
Oskar Strzelecki