16 stycznia 2011

Chłodny dotyk ziemi

Wraz z Agatą i Moniką usilnie poszukujemy pracowni Gabrysi Kiełczewskiej-Słowikowskiej. Poszukiwania utrudnia fakt, że nie pamiętamy adresu. Dębowa 30? A może 40? Jakby tego było mało, pada deszcz, co w połowie stycznia nie jest niczym przyjemnym. Wreszcie widzimy logo Akcji Sztuki>Nowe przyklejone na drzwiach wejściowych bloku przy ulicy Dębowej 40. Tak, to musi być tutaj. Wchodzimy do pracowni, gdzie Gabrysia Kiełczewska-Słowikowska zaczęła przed chwilą warsztaty dla Beaty Wąsowskiej i Anny Kutery (notabene też artystek). Uff, zdążyliśmy.

Słuchamy wykładu i oglądamy prezentację o ceramice. Jako przeciętny człowiek nie zdawałem sobie sprawy, że zrobienie jednego kubka zajmuje aż tak dużo czasu. Nie byłem też świadom, że na każdym z tych etapów wszystko może się zepsuć. Dlatego pochłaniałem wszystko to, co usłyszałem. Chciałem nadrobić braki w wiedzy. A było o czym słuchać. O tym, skąd bierze się glina, jak się ją przygotowuje, jakie są techniki wyrobu ceramiki, co to jest szkliwo i wiele innych rzeczy, które składają się na ostateczny efekt, czyli nasz kubek. Otacza mnie też wiele naczyń, czy to gotowych i używanych do picia herbaty, czy też schnących na regale za mną. Widzę też ukończone już prace artystki i nie mogę uwierzyć, że zostały zrobione ręcznie. Wykład się kończy, a my przechodzimy do części praktycznej warsztatów.

Gabrysia Kiełczewska-Słowikowska zaczyna zagniatać glinę, by móc ją umieścić na toczku, czyli kole garncarskim. W jej rękach glina wydaje się być bardzo posłuszna, a całość wygląda jak zagniatanie ciasta na pizzę. „Wszyscy ceramicy, jakich znam, bardzo dobrze robią ciasta drożdżowe” - to odpowiedź artystki na uwagę, że proces ten jest bardzo podobny do tego, co się dzieje w kuchni. Po chwili już patrzyliśmy, jak Agata radzi sobie przy toczku. Początkowo nie chciałem spróbować, ale komentarze Agaty, że jest to bardzo fajne, ostatecznie mnie zachęciły. A więc usiadłem i poczułem glinę na własnych dłoniach. Ta akurat była szara, chłodna i bardzo wilgotna. Włączyłem urządzenie i zacząłem formować glinę. Początkowo szło mi niezdarnie, ale gdy się skupiłem, było sto razy lepiej. „Koło garncarskie uczy cierpliwości i pokory” - te słowa artystki były jak najbardziej prawdziwe i oddawały istotę pracy przy toczku. Wszystkie ruchy wykonywałem powolnie, uważając, by niczego nie zepsuć i nie zachlapać całej pracowni artystki. Po ponad pół godzinie zacząłem zbliżać się ku końcowi. Teraz wystarczyło odciąć miseczkę od pozostałej gliny i przenieść na tacę do suszenia. Niestety, podczas przenoszenia, mimo całej ostrożności, jaką w to włożyłem, miseczka lekko się zdeformowała. Ale jak na mój pierwszy raz jestem z siebie bardzo zadowolony. W końcu stworzyłem coś własnymi dłońmi! Następna była Monika, która początkowo oporna, okazała się bardzo sprawna w tworzeniu miseczki. A tak bardzo nie chciała się zgodzić…

Wywiązała się spontaniczna rozmowa o ceramice, a gdy artystka dowiedziała się, że jesteśmy uczniami tej samej szkoły, którą ona skończyła, zboczyliśmy na temat naszego liceum. Gabrysia Kiełczewska-Słowikowska z rozrzewnieniem wspominała czasy szkolne i nauczycieli (niektórych mamy wspólnych), a my opowiadaliśmy jej, co się zmieniło od czasów jej matury. Wychodząc, czułem się dumny z siebie, bo stworzyłem własną miseczkę!

Oskar Strzelecki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz